Moje drogi z Panem Bogiem rozeszły się bardzo szybko, bo jeszcze w szkole średniej. Około 30 lat nie uczestniczyłam w Eucharystii, nie korzystałam z sakramentów, nie chodziłam do Kościoła. Los był dla mnie wówczas bardzo łaskawy. Odnosiłam sukcesy w każdym obszarze życia – udana rodzina, kochający mąż, bezproblemowe dziecko, wymarzona praca, w której się realizowałam, pieniądze, dużo przyjaciół. Kiedy człowiekowi wszystko się udaje, nie potrzebuje Boga, bo wydaje mu się, że sam jest jak Bóg. I tak było ze mną. Ale PAN Bóg upomniał się o mnie po raz pierwszy w 2013 r.
Mój mąż znalazł się wtedy w szpitalu. Podejrzewałam, że może mieć raka. W tym samym czasie lekarz stwierdził u mnie guza i skierował na operację. Kiedy leżałam jeszcze w szpitalu syn przyznał się, że ma bardzo złe wyniki wątroby. Myślałam, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie i moim bliskim. Ale potem PAN Bóg wyprowadził nas kolejno z tej matni i wszystko dobrze się skończyło. Którejś soboty nasi przyjaciele wspomnieli, że jadą na Mszę Świętą do Leśniowa i zapytałam, czy możemy zabrać się z nimi. Zapragnęłam wtedy podziękować Panu Bogu za uzdrowienie. Pojechaliśmy wtedy z mężem na Eucharystię i tak już zostało. W każdą niedzielę byliśmy na Mszy Świętej, ale nie korzystaliśmy z Sakramentów. Ja po raz pierwszy przystąpiłam do Sakramentu Pokuty w 2015r., ale to nie była dobra spowiedź, gdyż jeszcze wówczas traktowałam Pana Boga instrumentalnie. Panu Bogu to najwyraźniej nie wystarczało i pomógł mi zbliżyć się bardziej do Niego. W 2016r trafiłam nieprzytomna z drgawkami ciała do szpitala. Lekarze nie wiedzieli jaka jest tego przyczyna i diagnozowali mnie kilka godzin, a czas działał na moją niekorzyść. Okazało się, że przyczyną mojego stanu jest hiponatremia (drastyczny niedobór sodu). Lekarz powiedział mojemu mężowi aby przygotował się na najgorsze. W szpitalu otrzymałam od Kapłana namaszczenie chorych i przewieziono mnie do innego szpitala, gdzie stwierdzono u mnie ostrą niewydolność oddechową. Ratując moje życie , lekarze wprowadzili mnie w stan śpiączki farmakologicznej. Wiem, że Paulini w Leśniowie modlili się za mnie w tym czasie. Lekarze planowali moje wybudzenie na sobotę, ale w środę w dniu 50-tych urodzin mojego męża (w święto św. Piotra i Pawła) zaczęłam szarpać się na łóżku i odstawiono mi jeden środek usypiający. Wtedy sama się wybudziłam ze śpiączki.
W szpitalu odbywały się Msze Święte, ale w dniu gdy udałam się do Kaplicy, byłam sama. Ksiądz powiedział, że nie odprawi Mszy gdyż jest nas za mało. Nie udało mi się namówić ani jednego pacjenta na udział w Eucharystii i wówczas poprosiłam Księdza o spowiedź. Wyznając swoje grzechy zalałam się łzami i dotarło do mnie, jak bardzo złe było moje dotychczasowe życie. Obiecałam wtedy Panu Bogu, że zmienię się i tak się stało. Po zakończeniu hospitalizacji, lekarka rodzinna, widząc moją dokumentację medyczną powiedziała, że to że żyję to jeden cud, a to, że jestem w pełnej sprawności to drugi cud. Rozpoczęłam wówczas życie sakramentalne, ale chyba byłam jeszcze zbyt „letnia”, bo PAN Bóg zesłał kolejne doświadczenie, które sprawiło że jeszcze bardziej do Niego się zbliżyłam. W 2017 r. zdiagnozowano u mnie czerniaka złośliwego skóry.
Po usłyszeniu tej diagnozy udałam się od razu do Maryji w Lešniowie, prosząc o uzdrowienie i zostałam uzdrowiona. Wówczas mój mąż po 30 latach przystąpił na moją prośbę do Sakramentu Pokuty i Pojednania. Od tego czasu staram się żyć Ewangelią (choć nie zawsze mi się to udaje), codziennie uczestniczę w Eucharystii i widzę, jak obcowanie z Żywym Bogiem mnie zmienia. Wydaje mi się, że jestem zupełnie inną osobą, niż ta sprzed okresu nawrócenia. Wiem, że gdyby PAN Bóg nie dopuścił chorób, których doświadczyłam, prawdopodobnie dalej żyłabym z daleka od Niego, pogrążona w grzechu. Dlatego też dziękuję za te trudne momenty w moim życiu, o których napisałam. Bądź uwielbiony Panie Jezu, bądź pochwalona Maryjo, Matko moja.
Małgorzata Zenderowska-Rabsztyn